Pod nich to podszywały się grupy najzwyklejszych rabusiów. Jestem pewien, iż z takimi przyszło nam mieć wówczas do czynienia. Ze nie staliśmy się ofiarami napadu — to przede wszystkim zasługa naszego towarzysza. Po raz drugi wyciągnął nas z biedy. I to jak! Dynamitem. Zdumiewający był to sposób, lecz bardzo skuteczny. Nieznajomy, który wiózł w jukach swego siodła kilka ładunków wybuchowego materiału, pod-kradł się do napastników i zapaliwszy detonatory spowodował fajerwerk, jakiego nigdy jeszcze nie oglądałem. Zbóje uciekli pozostawiając kilka martwych koni. Skąd nasz wybawca miał dynamit? Powiedział, że otrzymał go od znajomych górników, trasujących drogę przez Góry Skaliste. Lecz po co woził z sobą tak niebezpieczny oręż? Czy czasem nie zamierzał spróbować rozsadzenia pancernej kasy w którymś z miasteczek Dzikiego Zachodu? Bo podejrzewałem go o różne sprawki, a podejrzenie jeszcze przybrało na sile, gdy podczas rozpalania ogniska użył skrawka papieru od-dartego od większego arkusza, jaki wyjął z kieszeni.