Bo oto w trakcie pobytu na hacjendzie Bede zastrzelił dowódcę zbrojnej watahy oraz jego dwu zastępców, czym tak przeraził napastników dybiących na pieniądze (i konie) Gonzalesa, iż część uciekła, część poddała się. Bez wątpienia Bede ocalił życie hacjenderowi i jego rodzinie, czym zjednał sobie dozgonną wdzięczność gospodarza. W tym stanie rzeczy musiałem milczeć. Ale to jeszcze nie wszystko. Podczas dalekiej wyprawy całej rodziny Gonzalesów w meksykańskie pasmo gór, w której i nasza trójka wzięła udział, Bede z kolei mnie uratował życie, kładąc trupem trzech groźnych napastników. Zdumiewała mnie łatwość, z jaką strzelał i co zadziwiające zabijał ludzi. Łatwość zaiste bardzo niepokojąca. Nie mogłem mu odmówić odwagi, celnego oka i sprawnej ręki. Z tego tytułu można by go uznać za westmana, tropiciela śladów, zwiadowcę lub trapera. Lecz przeczyła temu całkowita niezaradność w takich sprawach, jak rozbijanie biwaku, rozpalanie ogniska lub pitraszenie strawy. Na tropach zwierzęcych w ogóle się nie znał.