Grzeczne brzmi: extranjero. Dobrze o tym wiedziałem, lecz chciałem uniknąć awantury. Strąciłem łapsko z ramienia, szepnąłem: pardoneme — przepraszam, i w ten sposób usiłowałem pozbyć się natręta. Daremnie. Pijak począł wrzeszczeć, że został, przeze mnie napadnięty. Pominę szczegóły. Doszło do bójki, w której wzięło udział chyba jeszcze kilku przyjaciół napastnika. Szybko bym uległ takiej przewadze, gdyby Karol, zaalarmowany wrzawą, nie skoczył mi na pomoc. Lecz i we dwu nie dalibyśmy rady. Uratowała nas nieoczekiwana pomoc. Nieznajomy mężczyzna, na pewno nietutejszy, bo bardzo różnił się od innych strojem, zdołał nas oswobodzić, wyciągnąć na dwór i doprowadzić do koni. Wskoczyliśmy na siodła, galopem przebyli koryto Rio Grandę i zatrzymali się dopiero wówczas, gdy piniowy lasek skrył nas przed oczami tak wrogich przeciwników. Nasz wybawca, jak się okazało się, że podążał za nami krok w krok. W zrozumiałym pośpiechu ucieczki nawet nie zauważyłem, gdzie i kiedy dosiadł swego wierzchowca.