Nasz wybawca z El Paso. — Witajcie, dżentelmeni! — zakrzyknął na nasz widok. Był to zwrot, od którego zaczynał prawie każdą rozmowę. Zdobyłem się na uśmiech podobny uśmiechowi człowieka po wypiciu szklanki cytrynowego soku. Teraz dowiedzieliśmy się, że nieznajomego spotkało niezbyt gościnne przyjęcie w miasteczku. Gdy przejeżdżał — jak twierdził — obok saloonu, gapie podnieśli wrzask, a kilku skoczyło, by go zatrzymać. Uciekał więc co sił w nogach swego wierzchowca, aż zgubił prześladowców i postanowił nas odszukać. — Myślę — zakończył swą relację — iż powinienem kilka dni przeczekać po tej stronie granicy. Chyba nie Bede wam zawadzał? — Oczywiście, że nie — odpowiedzieliśmy. Czy można było udzielić innej odpowiedzi człowiekowi, który narażał swe życie wyciągając nas z opresji? Tylko skończony gałgan i gbur postąpiłby inaczej. Ba, uczyniliśmy zadość honorowi i grzeczności, lecz na pewno nie rozwadze. Za dwa dni mieliśmy dotrzeć do granic hacjendy don Gonzalesa. I co wówczas? Jeśli nasz wybawca nie zechce przedtem poszukać swej własnej ścieżki?